Wednesday, 24 September 2014

Milan

Remember when you were browsing through the the fashion magazine recently? There is one city name that is always there, next to London, Paris and New York. Did you guess correcty? Yes, it's Milan! And I was lucky enough to be there during this year Milan Fasion Week! I even get a chance to see famous Kendall Jenner twice (doing her interview and then visiting the city).

 I always thought that this magical italian sense of style and interest in fashion is just accurate a couple of fasion freaks or rich people who have nothing else to do but since the very first day in Milan I've changed my mind completly.
I saw hundreds of average people like me wearing things I thought I would never in a million years wear and looking amazing! I have to admitt I spied some new trends which I'm going to try in Poland ;-).

Unfortunately I can't share any streetwear fasion photos with you because usually when someone dressed in a way I liked was passing my by in the street I was just looking at him or her and thinking: 'Woooow! How did you do it?' and usually it was too late to take a photo. That's a shame to admitt it but usually people who are dressed in a traditional normal way are just tourist and you can always recognize them in a crowd of well-dressed, unusual looking people. I was surprised to see a lot of older people and men (!) experimenting with fashion which is hardly seen in Poland and in many other countries. Milan is a city full of contradictions - old architecture mixed with modern fashion, Chanel or Versace boutiques just a few steps from shops like ZARA or H&M. That's the thing I've always wanted to happen in my city - Kraków.

Another beautiful thing about Milan is its architecture.
(Not to mention the food that has already made me gain some unexpected pounds...)





Sunday, 7 September 2014

Greece part 2- Small town charm

To mój drugi, wyczekiwany (tak *bardzo* wyczekiwany) post o moim pobycie w Grecji. Pierwszy był o morzu, zaś w dzisiejszym poście udamy się na północ, w głąb lądu. Ponieważ nie jestem zbyt dobra w opisywaniu miejsc uznałam, że wstawienie dużej dawki moich ulubionych zdjęć będzie lepszym pomysłem. Zostały one zrobione w naszym "rodzimym" Nea Makri i w Maratonie, który odwiedziliśmy pewnego upalnego, leniwego popołudnia.

This is my second, highly anticipated (yeah, so highly) post about my stay in Greece. The first one was about the seaside and now comes the time to go north and make an attempt to describe the country, small towns in particular. I'm not very good at describing places, so I guess that uploading some of my favourite photos is a better solution. They were taken in Nea Makri where we lived and in Marathon which we visited during one very hot and lazy afternoon. 



Z naszą wyprawą do Maratonu wiąże się pewna całkiem zabawna historia. Otóż planowaliśmy ją od tygodnia- wiedzieliśmy co, gdzie, jak i... spóźniliśmy się na autobus. Przybyliśmy na przystanek około 10 sekund za późno, bo widzieliśmy jak nasz środek transportu odjeżdża :'(. Kolejny miał przyjechać dopiero za parę godzin. Więc co zrobiliśmy? Postanowiliśmy udać się na inny przystanek, gdzie autobus innych linii (chyba) miał być za godzinę. Jak wiecie, grecki alfabet jest 'nieco' inny od łacińskiego, więc nie było sensu patrzyć na tabliczki z nazwami ulic (część napisów na znakach drogowych jest także po angielsku i nie hieroglifami, ale tylko na głównych drogach). Zdecydowaliśmy, że najlepiej iść na wschód. Oł jea. Po około pół godzinie szybkiego marszu dotarliśmy do przydrożnego straganu z warzywami i owocami, gdzie siedział jakiś rolnik, który mógł nam wskazać drogę. Przepraszam, mógłby, gdyby mówił po angielsku albo gdybyśmy rozumieli coś z jego greckiego słowotoku (był święcie przekonany, że wiemy o co mu chodzi). Po naradzie rodzinnej i zerknięciu do rozmówek doszliśmy do wniosku, że chyba chciał nam przekazać, że na autobus mamy czekać właśnie tu- chociaż nie było żadnego przystanku albo chociaż znaku BUS. Nie mieliśmy nic do stracenia, więc postanowiliśmy zostać na miejscu i czekać. Po kolejnej pół godzinie i pięciu skonsumowanych pomarańczach nadjechał autobus.

There is actually kind of a funny story depicting our short trip- we were planing it for almost a week- we knew exactly when, where, how and... we came to late to a bus stop. About ten seconds too late because we saw it leaving. The next bus was due to arrive in a few hours. So what did we do? We decided to find another bus stop where the bus was supposed to arrive in an hour. As you know, the Greek alphabet is 'slightly' different from the Latin alphabet so there was no point looking at the names of streets. We made up our minds and headed for East. It was a good decision- after about 30 minutes we finally got to a stall, where there was a guy who could tell us WHERE ON EARTH WE WERE. Yeah he could- if he had spoken English or we ad spoken Greek. Anyway, from his gestures we assumed that a bus stop was here- next to the stall, even though there was no sign. We decided to, let's say, entrust ourselfs to his hands. We had nothing to lose. After another half an hour and five consumed oranges a bus came. 
























  




Monday, 18 August 2014

Greece part 1- Tired of seaside, tired of life

Chyba nigdy nie znudzę się morzem. Moją oficjalną dewizą są (nieco zmienione) słowa znanego blogera- "Zmęczony morzem=zmęczony życiem". Myślę, że to dobry tytuł dla mojego bloga albo przynajmniej dla tego posta.

As you can see, I'm never bored with seaside. Using (slightly altered) words of a popular blogger- "Tired of seaside, tired of life". I thought that it should be the title of my blog or, at least, of this post.


Kiedy byłam w Grecji (a konkretnie w Nea Makri) w zeszłym miesiącu, uwieczniłam na swoich zdjęciach tyle ciekawych miejsc, ludzi, sytuacji, graffiti (oczywiście), że zdecydowałam podzielić je na kilka części, a co za tym idzie napisać o czasie tam spędzonym nie jeden, ale trzy posty.

When I was in Greece (in Nea Makri, to set things straight) last month, I captured so many amazing places, people, situations, graffiti (obviously) that I decided to divide my photos into a few sections and hence write not one but three posts about the time I've spent there.


To mój pierwszy post o Grecji. Ciężko, żeby było inaczej, skoro do lipca tego roku znałam ten kraj tylko z opowiadań moich znajomych, wiadomości dotyczących kryzysu i podręczników do historii. Dzięki rodzicom, którzy postanowili zafundować nam pobyt w Nea Makri, mogę śmiało powiedzieć z całą szczerością, że rodzinne wakacje MOGĄ być udane. Nawet bardzo udane. Dzięki temu wyjazdowi zapomniałam na chwilę o problemach i rozkoszowałam się urokami 4-gwiazdkowego hotelu przy samej plaży. Jednym z moich ulubionych zajęć było spacerowanie wzdłuż brzegu morza, robienie zdjęć krajobrazowi i cieszenie się chwilą. Jak oryginalnie. Przynajmniej pomogło mi  to się zrelaksować. Więc jeżeli jesteście w stanie zaoferować mi taką pracę, oczywiście dobrze płatną, jestem do usług. Do zobaczenia wkrótce!

This is my very first post about Greece. I had never been there until this year when my parents decided to surprise us with the greatest thing that we could possibly imagine. I'm sure that I'll remember our stay in Greece as one of the best family holidays ever. It allowed me to forget my problems for a while and enjoy the perks of a 4-star hotel, which was within easy reach of the beach (these rhymes...). One of my favourite things there was walking along the seashore, taking pictures of the landscape and enjoying the moment. How original. Anyways, this is something that helps me relax. So if you can offer me that kind of job, don't hesitate to contact my office. Cheers!


















Thanks for reading my post :) Check out my fanpage on Facebook