Sunday, 23 August 2015

Berlin in 92 hours p. 1

Rozmowy na temat wyjazdu do Berlina zaczęły się rok temu. Ale za konkrety zabraliśmy się dopiero w lipcu. Wtedy to zdałam sobie sprawę jak mało wiem o tym mieście. Moja wiedza na jego temat ograniczała się do następujących zabytków/ wydarzeń: Wielka Brama B, Mur i jego zburzenie, Reichstag/Bundestag. No cóż. Od czegoś trzeba zacząć.

Przygotowanie do wyjazdu zaczęłam od przeglądania wszelkich rankingów zabytków i filmików typu "jeden dzień w...". Zaczęłam mieć jakiekolwiek pojęcie o tym czego można oczekiwać po Berlinie, ale zadbałam o to, aby nie wyrobić sobie opinii na temat tego miasta zanim zobaczyłam je na własne oczy. Zrobiłam listę miejsc, bardziej i mniej znanych, których nie chciałam przegapić, a następnie umiejscowiłam je na mapie stolicy, żeby nie skończyło się tak, że przeznaczylibyśmy większość czasu na przemieszczanie się. (Niestety w Berlinie jest to nie do uniknięcia, bo miasto zajmuje powierzchnię prawie 900 km2-  jest pod tym względem 4. wśród europejskich stolic; dla porównania Warszawa zajmuje powierzchnię niewiele ponad 500 km2). Noclegiem i transportem na miejsce zajęli się Łukasz i M. Dzięki odpowiednio wczesnej rezerwacji (miesiąc przed wyjazdem) udało nam się pojechać do Berlina z Krakowa Polskim Busem za 45 zł (w drugą stronę też). Za jedną noc w Smarthostel Berlin wyszło niecałe 10 euro. 

Wyjechaliśmy o 22 z Dworca Autobusowego (Em-di-ej) w Krakowie. Mieliśmy wysiąść na lotnisku SXF około 4.30, ale okazało się, że znajduje się ono na południowo-wschodnim skraju miasta, a nasz hostel na północnym zachodzie w dzielnicy Wedding, w związku z czym postanowiliśmy wysiąść o 5 rano na Zentraler Omnibusbahnhof (ZOB). Kiedy tam w końcu dotarliśmy i wywlekliśmy się z autobusu,  byliśmy mocno zdezorientowani. Poza tym marzyliśmy o kawie i prysznicu. W tej sytuacji moja pierwsza wymiana zdań po niemiecku odbyła się w dworcowym barze. Mała dygresja- Niemcy, a przynajmniej Berlińczycy, mają fajny zwyczaj stawiania na ladzie kartonu mleka, którego można dolać sobie wedle uznania. Pierwszy wydatek: kawa za 1,5 euro. Kolejny wydatek: toaleta za 0,5 euro. (W Niemczech kibelki są płatne dosłownie wszędzie, nawet w galeriach handlowych i niektórych restauracjach.) Przebrałam się i odświeżyłam, a potem poszłam razem z Magdą i M. oddać bagaże do skrytki i szukać w okolicy jakiegoś przystanku. Była 6 rano. Stanęliśmy skołowani na skrzyżowaniu, nie bardzo umieliśmy się zorientować na mapie. Po chwili podszedł do nas jakiś życzliwy Niemiec i spytał czego szukamy i jak może nam pomóc. Podobnych sytuacji tego dnia mieliśmy kilka.

Wsiedliśmy do metra na stacji Kaiserdamm i zaliczyliśmy przejażdżkę na gapę, bo zapomnieliśmy skasować bilety na stacji, a w metrze, FACEPALM, nie ma kasowników. Po kilku perypetiach dotarliśmy pod pałac Charlottenburg. Nie było ósmej, a pałacowy park był już otwarty. Napotkaliśmy w nim mnóstwo biegających i przechadzających się emerytów.



Pałac Charlottenburg









Po opuszczeniu parku udaliśmy się na słynną ulicę Ku'Damm (Damm=grobla) z wieloma sklepami, kawiarniami itd. Zatrzymaliśmy się w wiedeńskiej kawiarni Erster Wiener na drugą tego dnia kawę. Nie muszę chyba dodawać, że była o niebo lepsza od tej z dworcowego baru. Sfotografowaliśmy się ze stojącym obok kawiarni posągiem niedźwiedzia zaprzężonego w... niedźwiedzie i poszliśmy na drugi koniec ulicy, żeby zobaczyć słynny Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma (Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche). Później skierowaliśmy nasze kroki w stronę stacji metra Wittenbergplatz mijając po drodze rzeźbę 'Berlin' symbolizującą nadszarpnięte po wojnie więzy między Berlinem wschodnim a zachodnim (w mieście jest sporo miejsc i rzeczy związanych z podziałem kraju np. światła na przejściach dla pieszych- "zwykłe" w zachodniej części i sympatyczne ludziki z kapeluszami we wschodniej), a także słynne centrum handlowe KaDeWe (Kaufhaus des Westens).

Ulica Ku'damm (Kurfürstendamm)












Kościół Pamięci (Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche)






KaDeWe (Kaufhaus des Westens)

Z Wittenbergplatz pojechaliśmy nad jezioro Großer Wannsee (po polsku jezioro Więzno), a po drodze mieliśmy przesiadkę na słynnym Dworcu ZOO (Zoologischer Garten). Na drugą stronę Wannsee popłynęliśmy promem, który był w cenie naszego całodniowego biletu. Ledwo się zmieściliśmy, bo w środku było mnóstwo tubylców z rowerami zajmującymi połowę pokładu. Po wyjściu z promu poszliśmy się schłodzić nad wodę, ale niewiele to dało w około 35-stopniowym upale. Prom, który miał nas zabrać w drogę powrotną przypłynął dopiero za godzinę, ale czas nas nie gonił, bo było dopiero wczesne popołudnie, a  mieliśmy się zameldować dopiero po 15. 


Dworzec Zoo (Zoologischer Garten)



Jezioro Wannsee









Wróciliśmy na dworzec autobusowy, zabraliśmy rzeczy ze skrytki i pojechaliśmy do hostelu. Pierwsze wrażenie na temat dzielnicy Wedding? Sporo imigrantów i... kebabów. Oprócz tego świetne połączenie komunikacyjne z centrum- metro, tramwaj, autobus. Nasz hostel (Smarthostel Berlin) nie wyróżniał się specjalnie od przylegających do niego bloków, ale może właśnie dlatego sprawiał przytulne wrażenie. Wzięliśmy upragniony prysznic i udaliśmy się na poszukiwanie jedzenia i supermarketu. Co prawda z pierwszym nam się udało (znaleźliśmy fajny libański lokal, gdzie zjadłam coś pomiędzy pitą a pierogiem z dodatkiem wędzonego sera halloumi), ale w kwestii supermarketu natrafiliśmy na pewien zasadniczy problem- w naszej okolicy było ich kilka, ale w niedziele wszystkie były zamknięte . Kolejne zaskoczenie- prawie żadna z kawiarni i restauracji nie serwowała innej herbaty niż turecka (przepis dla ciekawskich).

Po 19 do hostelu zawitała reszta naszej paczki. Chociaż świeżo po Woodstocku, poszli w tango. My wybraliśmy sen.

Wieża stacji radiowej (Funkturm Berlin) obok ZOB


Następnego dnia wstaliśmy z M. wcześniej niż wszyscy. Poszliśmy na zakupy do pobliskiego Lidla. Okazało się, że do butelek z wodą mineralną doliczana jest kaucja 0,25 euro, którą można odzyskać jako bon w specjalnym automacie. W drodze powrotnej do hostelu wstąpiliśmy na kawę. Wśród Berlińczyków rozpowszechniła się moda na jedzenie śniadań poza domem. W kawiarniach jest spory wybór kanapek. Kosztują zazwyczaj 2-3 euro. Oprócz tego można kupić np. sałatkę z kuskusem (patrz: przykładowy przepis).

Po powrocie do hostelu, mniej więcej o 12, pojechaliśmy na Teufelsberg (Diabelską Górę)- najwyższe sztuczne wzniesienie w Berlinie, na którym mieści się była amerykańska baza nasłuchowa, przez jakiś czas raj dla squatersów, a obecnie miejsce pracy grafficiarzy i twórców instalacji. Atrakcją, oprócz klimatu miejsca, jest wspaniały widok na miasto. Szkoda tylko, że za 'przewodnika', który w zasadzie pilnuje tylko, żeby nie wchodzić do niepożądanych pomieszczeń, trzeba zapłacić 7 euro.

Teufelsberg










Po Teufelsbergu w 30-stopniowym upale większość z nas miała dość. Na szczęście udało mi się przekonać M. żebyśmy jeszcze nie wracali do hostelu. Mieliśmy iść do Berlinische Galerie, ale było mało czasu, więc po zjedzeniu kanapek na Friedrichstraße (ulicy Fryderyka) wylądowaliśmy na Alexanderplatz. Może przez to, że było strasznie gorąco i zmęczenie dawało mi się we znaki, a może z powodu tłumu ludzi i nagromadzenia straganów plac nie zrobił na mnie oczekiwanego wrażenia. Zaciekawiły mnie za to mini-sceny obwoźnych teatrów i dziwaczne instalacje.

Kanapka w Adam's na Friedrichstraße


Alexanderplatz



Wieża telewizyjna (Fernsehturm)

Żeby sobie poprawić humor udaliśmy się do galerii handlowej Alexa na mrożoną kawę do Starbucksa, a następnie do księgarni Thalia, gdzie po długiej deliberacji kupiłam sobie zbiór opowiadań "Die schrägsten Berliner. Zehn-Minuten-Geschichten", a M. kupił mi na urodziny książkę, którą koniecznie chciałam przeczytać w oryginale- "Rubinrot" ("Czerwień rubinu").

Centrum handlowe Alexa


Mrożona kawa w Starbucksie z niemieckim odpowiednikiem mojego imienia. Jak miło ;)

Po wyjściu z Aleksy pojechaliśmy do hostelu przebrać się i wziąć prysznic. Potem, już w komplecie, udaliśmy się na Potsdamer Platz. Może pozostałości muru oklejone gumami do żucia nie robią wrażenia, ale już Sony Center zdecydowanie tak. Z placu pojechaliśmy na stację Hallesches Tor, gdzie, z braku lepszych opcji, uraczyliśmy swoje podniebienia kebabem, a następnie poszliśmy sobie posiedzieć nad brzegiem Sprewy. 


Plac Poczdamski (Potsdamer Platz)



Sony Center



Stacja Hallesches Tor



Kiedy koło 3 nad ranem wracaliśmy do hostelu, miałam spuchnięte i obtarte stopy. M. zlitował się nade mną i przez chwilę niósł mnie na rękach, ale nie chciałam, żeby ten dzień skończył się dla niego urazem kręgosłupa, więc dalszą drogę przebyłam na własnych nogach, z tym, że bez butów.

Monday, 10 August 2015

My life in Warsaw... so far

Warsaw, surprisingly- or not, turned out to be a really stimulating city in which a probability to get bored equals zero. During the second semester of my studies in the capital of Poland I had an opportunity to attend many cool events, among others:

Royal Garden of Light in Wilanów



gingerNaya

Grand Bazar (fashion fair in the Bracia Jabłkowscy Department Store)- gingerNaya & I


A concert of a French band Mars Red Sky in Hydrozagadka- Natalia & I

A concert of a Polish band Hey during ATD (Absolvent Talent Days)
 at the National Stadium- Arek, Wiktor, Janek, Natalia, Marta & I



A 'Water-Light-Sound' multimedia show in Fountain Park


A before party ~before~ Orange Warsaw Festival= a concert 
of a Polish rock band Terrific Sunday 
on a rooftop of Warszawa Śródmieście railway station


Orange Video Fest- a Polish YouTube convention in Torwar Hall



Warsaw Book Fair at the National Stadium 





An A-class cover artist- Dave Johnson & I

 

Night of Museums in Warsaw (Botanic Garden)
  




A concert of a Dutch band Epica 
during a Warsaw Student Festival Ursynalia


I visited a couple of museums:

The National Museum in Warsaw 
(during the exibition of Olga Boznańska's paintings)

 The Muzeum of Motorization and Techniques 
in the Palace of Culture and Science




Museum of Modern Art



I observed the streets & parks:

ul. Widok

ul. Puławska

ul. Nowy Świat

Łazienki Park



  

  


Aleje Ujazdowskie



ul. Mokotowska

  
Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego


Skwer ks. Jana Twardowskiego

Metro Wilanowska

ul. Emilii Plater

Królikarnia

I travelled by train. A lot.





I started to work out...



... and study. Not pretend to study, but actually study- in the corridor, university library, windowsill. Better late than never.



So far everything has been going well. I hope that my next year in this city will be a step forward, not backward. I have a strong feeling that I won't be disappointed. The only condition is that I will keep my eyes open and rise to the occasion. 
For now, I'm taking a break from the capital. I'm spending some time with my family in Cracow, exploring my homeland and travelling abroad. And it will hopefully be like thar till the end of September when I'm going to move into my new flat. Stay tuned for a possible room tour ;)
And, btw., I'm officially not a teenager anymore. I turned 20 yesterday. It's time I acted like a grown up. Ehh.
Anyway, I wish you all a great summer vacation :* With a bit of luck I'm going to add another post this month. In a week or two... We'll see ;)