Thursday, 18 June 2015

The Virgin Suicides

This may be the beginning of my obsession over Sophia Coppola. I could watch 'The Virgin Suicides' over and over again. Well, I'm still a teenager (for two more months), the movie is about teenagers, so I'm justified... No, it doesn't work that way. This movie doesn't have a typical storyline about growing up, falling in love etc. It tells the story of five sisters, who, one by one, commit suicide. Interesting fact: there is no plot twist. We know from the very beginning that they're going to end that way. A kind narrator informs us about that with a sorrowful voice. After each sister is introduced, we are invited to take part in a journey with teenage boys from the neighbourhood, who are fascinated by them and don't seem to get them out of their minds. They try to solve girls' mystery and help them escape the prison which their house was, intentionally or not, turned into by their strict, overprotective parents.

I can't help but say that the movie is quite naive. But it's only because the narration is held by teenage boys who have just experienced their first love and confusion which is inevitable when it comes to These girls.

There are moments in the movie when you may think that everything's going to be all right. Boys prepare for the party in girls' house, then for the prom and finally for a secret meeting... But each time something goes wrong. Rare seconds of joy are surrounded by long breaks full of saddness. It ain't no picture perfect.

It's no wonder that the boys from the neighbourhood are clean as a whistle. They just try to save their dream from turning into a nightmare. They've idealised the girls for so long that they have no idea who they really are. Lisbon sisters in their minds have turned into trapped princesses and they are convinced they are the ones to rescue them.

They seem to ask themselves the following question over and over again: 'Can you prevent someone from the mishap when they're slipping through your fingers?'. Unfortunately the answer in their case is rather unsatisfactory...

_______________________________________________________________

The opening scene







We knew the girls were really women in disguise, that they understood love, and even death...









 We would never be sure of the sequence of events. We argue about it still.






Collecting everything we could of theirs, the Lisbon girls wouldn't leave our minds but they were slipping away. The color of their eyes was fading along with the exact locations... of moles and dimples. From five, they had become four, and they were all the living and the dead, becoming shadows. We would have lost them completely if the girls hadn't contacted us.






...a clock ticking on a wall, a room dim at noon, and the outrageousness of a human being thinking only of herself.


So much has been said about the girls over the years. But we have never found an answer. It didn't matter in the end how old they had been, or that they were girls... but only that we had loved them... and that they hadn't heard us calling... still do not hear us calling them from out of those rooms... where they went to be alone for all time... and where we will never find the pieces to put them back together.

Air 'The Virgin Suicides' (album)

Wednesday, 10 June 2015

w sumie o wszystkim co mi siedzi na wątrobie..

Założę się, że w co najmniej co drugim poście na tym blogu narzekam na brak motywacji. No cóż, tym razem nie zrobię wyjątku. Ciężko się zabrać do sklecenia tekstu po dłuższej przerwie, cholernie. Najgorsze, że mam dość sporo rzeczy do opisania. Moje życie ulega nieustannym zmianom. Nie jestem ta samą osobą co pół roku temu. Ale jedna rzecz się nie zmieniła- mój strach przed wypowiadaniem się.

Zacznijmy od tego skąd to się tak naprawdę bierze. Praktycznie od najmłodszych lat stałam z boku, byłam 'spokojnym dzieckiem'. W podstawówce przylgnęła do mnie etykietka sztywniary, co prześladowało mnie zresztą przez wiele lat. Nigdy nie lubiłam przejmować inicjatywy, źle się czułam w roli lidera, burza mózgów mnie przerastała. Bycie w centrum uwagi, nawet na parę sekund było (i dalej jest) przytłaczające. Oceniają mnie - myślę sobie. Nie chcę tego. Na pewno uważają moje pomysły za niedorzeczne, tylko nie chcę tego przyznać. Albo, co gorsza, w ogóle nie zwracają na mnie uwagi. Puszczają to co mówię mimo uszu. Nie liczę się. Całą swoją energię skupiam na tym, żeby pozostać niezauważoną (sic!). Chcę uniknąć krytyki, boję się jej jak ognia...

Czy byłam taka od zawsze? Ciężko powiedzieć. Moja mama i babcia zawsze mnie dowartościowywały, mogłam liczyć na ich wsparcie w czasie kolejnych kryzysów. Podpowiadały mi jak się zachowywać, żeby zdobyć sympatię innych, czyli przede wszystkim żeby przestać stawiać siebie w centrum uwagi i spróbować spojrzeć na świat oczami innych. Kiedy jesteś w grupie, nie liczysz się ty. Liczy się Temat - powtarzała do znudzenia babcia. Jeśli udaje mi się przekonać samą siebie, jest dobrze. Czuję więź z innymi ludźmi. Mamy coś wspólnego- Temat. Ale hmm, jakby to powiedzieć, przez tyle lat się izolowałam, że jestem trochę taką samotną wyspą. Ale chyba wyspy mogą się połączyć, żeby powstał kontynent?

Wbrew stereotypowi mówiącemu, że osoby ciche są dobrymi słuchaczami, bardzo szybko staję się rozkojarzona. Ciężko mi utrzymać cudzą uwagę, ale ja innym nie pozostaję dłużna- poświęcam im często niewiele więcej uwagi. Jak ostatnio stwierdził mój przyjaciel, mam wiecznie zmęczone oczy, ciężko mi utrzymać kontakt wzrokowy. Żyję w swoim świecie, który ma niewiele wspólnego z tym realnym. [Za dużo komedii romantycznych i powieści J. Austen w okresie dojrzewania?]

To nie jest tak, że nie lubię być wśród ludzi. Samotny weekend majowy w Warszawie, który starałam się spędzić produktywnie, okazał się nie do zniesienia. Umiejętność spędzania wolnego czasu w tzw. sosie własnym, czyli, innymi słowy, we własnym towarzystwie, wiele mówi o człowieku. A ja, co ciekawe, chyba tej umiejętności nie posiadam. Parę godzin w ciszy- w porządku, ale nie na dłuższą metę.

Był czas kiedy spędzałam czas głównie w swoim pokoju (trochę z konieczności, trochę z lenistwa). Poza tym, jak mi ostatnio powiedziała prowadząca na zajęciach, nie chcę opuścić swojej comfort zone (strefy komfortu). To fakt. Używając zgrabnej metafory- piasek jest ciepły i przyjemny, miło jest się w nim zagrzebać i leżeć tak przez długi czas. Z drugiej strony jest się uziemionym, przytłoczonym przez coraz większą ilość nagromadzonego piasku. Coraz trudniej jest oddychać, ale i wydobyć się spod wielu warstw.

Wygłaszanie opinii na forum jest dla mnie niecodzienną i niekomfortową sytuacją. Zaczynam panikować, przestaję być sobą. Zamykam się. Chowam. Tak bardzo chcę zniknąć, uciec... Silę się na żałosne dowcipy albo w ogóle się nie odzywam. Dlatego nigdy nie przepadałam za wyjazdami zorganizowanymi, podczas których trzeba przebywać w dużej grupie. Nietrudno się domyśleć, że zawsze podczas obozów byłam outsiderem.

Zdarza się, że potrafię się przemóc, najczęściej jeżeli naokoło nie ma zbyt wielu osób. Przy pełnej sali, zwłaszcza jeżeli muszę wygłosić coś na środku, mam często symptomy, których nie jestem w stanie opanować- zesztywniały kark, pocące się, zimne dłonie, trzęsącą się brodę. Mówię szybko i monotonnie, byleby tylko ten koszmar się jak najszybciej skończył i jak najmniej osób zwróciło na mnie uwagę.

Dramatyzuję? Wyolbrzymiam? Uwierzcie mi, wiele rzeczy da się zamaskować. Nie zawsze widać burzę, która toczy się w środku.

Ponarzekałam trochę. Nawet trochę bardzo. Teraz przyszedł czas na parę słów otuchy dla osób, które borykają się z podobnymi problemami.

Po pierwsze: nie jesteście sami. Mnóstwo osób boi się publicznych wystąpień (https://www.youtube.com/watch?v=aS0_LiSaRIQ) i doświadcza ataków paniki będąc wśród ludzi (https://www.youtube.com/watch?v=uPlhgtQqA6c). Prawda jest taka, że w takich sytuacjach stresowych sam jesteś swoim wrogiem. Może ci się wydawać, że wszyscy naokoło są do ciebie negatywnie nastawieni, ale to Ty musisz dać szansę sobie samemu. Może zabrzmi to banalnie, ale musisz uwierzyć w siebie, swoje możliwości, talenty (często jeszcze nieodkryte), bo jest wielce prawdopodobne, że nikt nie zrobi tego za ciebie (ktoś zostaje 'odkryty'- przykładowo dziewczyna zaczepiona na ulicy przez znanego fotografa z propozycją sesji zdjęciowej- w jednym przypadku na milion).

Od czego zacząć? Polecam pozytywną afirmację. Nie wymaga zbyt wiele wysiłku, ale jest za to bardzo skuteczna. Na czym to polega? Stawaj codziennie rano przed lustrem i praw sobie różne komplementy, motywuj sam siebie. Jestem wartościowy. Moje życie ma cel. Nie potrzebuję nikogo, żeby mnie dopełniał, ponieważ jestem cały. Idę do przodu. Jestem silny. Pokonuję swoje słabości. Jestem coraz lepszy. Uczyń te słowa swoją mantrą. Powtarzaj je kilka razy, z przekonaniem. Uwierz mi, sposób w jaki je wypowiesz ma znaczenie.

Kiedy denerwuję się, będąc w dużej grupie, tak jak mówiłam wcześniej, staram się pamiętać o regule Tematu, ale także stosuję proste ćwiczenie: wyobrażam sobie, że moje dłonie są ciężkie jakby były zrobione z ołowiu i ciągną mnie do ziemi. Skupiam się na ich ciężarze. Zajmuje mi to umysł, uwalnia go od uporczywych myśli i paniki.

Teraz kilka rad mogących pomóc podczas publicznych wystąpień.

Są różne triki, które mogą zwiększyć twoją pewność siebie. Zacznijmy od prezencji, która jest bardzo ważna, jeżeli chcesz zrobić dobre wrażenie na słuchaczach. Ubierz się schludnie, elegancko, profesjonalnie. Ale, co jest bardzo ważne, musisz się czuć komfortowo, a nie jak w przebraniu. Ludzie będą zwracać uwagę na twój wygląd głównie na początku twojej przemowy. Później, zwłaszcza jeżeli jest ona długa, jest wielce prawdopodobne, że każdy zajmie się swoimi sprawami.

Kolejna rzecz- preparacja. Jeżeli przedstawiasz coś po rzetelnym przygotowaniu, masz przewagę nad słuchaczami! Spora szansa, że wiesz więcej niż oni. Jeżeli siądziesz do prezentacji dzień wcześniej, nie będziesz tak pewien swojej wiedzy, będziesz obawiać się ewentualnych pytań... Lepiej przez to nie przechodzić.
Warto wcześniej przećwiczyć prezentację wraz z przyjaciółmi w charakterze publiczności lub, jeżeli nie masz takiej możliwości, przed, jak widać wielofunkcyjnym, lustrem.

Podczas prezentacji bardzo ważna jest modulacja głosu- nie ważne jak ciekawe jest to co masz do powiedzenia, jeżeli nie umiesz tego sprzedać w odpowiedni sposób (patrz: niektórzy księża na kazaniach). Równie istotne jest nawiązanie kontaktu z publicznością. Nie ma nic gorszego niż mówienie do ściany lub czytanie z kartki. Jeżeli potrzebujesz wspomagania, polecam małe karteczki z hasłami, które pomogą ci nie pogubić się w prezentacji.

Staraj się wykrzesać z siebie pokłady charyzmy (wiem, że gdzieś drzemią!). Nie pozuj na osobę znudzoną, której tak naprawdę wcale nie zależy, bo zahaczyła o salę przypadkiem, idąc do sklepu. Nie. Nauczyciel dojdzie do wniosku, że się nie starasz... Pomyśl- za kilka minut będzie po wszystkim. Jeżeli włożyłeś w prezentację sporo wysiłku, szkoda żeby czas na nią poświęcony się zmarnował. Kolejne kilka minut może mieć wpływ na twoje samopoczucie przez resztę dnia.

I jeszcze jedno przemyślenie na koniec. Atrakcyjność nie zawsze ma wpływ na pewność siebie. Powiedziałabym, że jest wręcz odwrotnie- osoby, które są pewne siebie, często są postrzegane jako atrakcyjne. Pomyśl tylko.


PS
Coby ten post nie składał się z samego tekstu, i żeby pojawił się w nim jakiś miły akcent, zamieszczam kilka moich zdjęć zrobionych przez Łukasza:






Saturday, 25 April 2015

Wroclaw in 7 hours p. 2

Jak zwykle ciężko było się zabrać do pisania po dłuższej przerwie. Mam wrażenie, że cała moja pisarska kreatywność zostaje wyssana przez media społecznościowe. Zdecydowanie muszę ograniczyć siedzenie na Facebooku (co mi się ostatnio z jakimś powodzeniem udaje). W przeciągu ostatnich kilku miesięcy odlajkowałam sporo plotkarskich (i nie tylko) stron, które zaśmiecały mi news feed i nie wnosiły nic nowego do mojego życia. Znalazłam za to sporo ciekawych magazynów, z których chyba najbardziej podoba mi się i-D. Odkryłam też na nowo tumblr i odświeżyłam mój tamblerowy blog. Tumblr jest idealny, jeśli a. masz jakąś myśl i nie chcesz, żeby ci uciekła, b. poszukujesz inspirujących zdjęć/ cytatów, c. lubisz scrollować, ale d. chcesz zachować anonimowość, której nie masz na Facebooku i e. jesteś fanem tablic korkowych, ale z drugiej strony cenisz wygodę jednego kliknięcia.

To była taka mała dygresja ;) Teraz przejdę do rzeczy- czyli dalszego ciągu opisu mojej wyprawy.[Mowa o lutowej wycieczce do Wrocławia.]  
...Wychodząc albo raczej wytaczając się z pizzerii, w której zjadłam (sama!) średnią pizzę, weszłam w ogromną kałużę. Ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Pozostało mi spiorunować chodnik wzrokiem i iść dalej, tzn. w kierunku poczty, a konkretnie muzeum telekomunikacji.

Po drodze do muzeum wstąpiłam do katedry św. Marii Magdaleny. W środku słychać było cichy śpiew chóru, ale nie byłam w stanie stwierdzić, czy to na żywo, czy z bardzo dobrego głośnika. 





Gdy w końcu dotarłam, potargana i zdyszana, do muzeum telekomunikacji,  na twarzy pani stojącej przy kasie zamiast lekko wymuszonej radości zobaczyłam przemożne zdziwienie, że ktoś postanowił kupić bilet na wystawę. Okazało się, że ze względu na oszczędność prądu świata w pomieszczeniach są zgaszone, więc w miarę jak przechodziłam do kolejnych sal, pani chodziła za mną jak duch zapalając i gasząc światła. Główną atrakcją wystawy, która jest poniekąd ciekawa i na swój sposób urocza, jest dziewiętnastowieczny dyliżans pocztowy, który niedawno przeszedł konserwację. Oprócz tego można zobaczyć znaczki, z których najstarsze mają blisko 100 lat, "pocztówki zakochanych" m.in. z Pierrotem, skrzynki na listy z różnych części świata, telegrafy, telefony, eksponaty z różnych okresów działania poczty w Polsce (m.in. mundury, trąbki, odznaki, dokumenty i... gumową pałkę wiejskiego listonosza).









Wyszłam z muzeum tuż przed jego zamknięciem z zamiarem wejścia na Wieżę Matematyczną. Idąc szybkim krokiem przez ulicę Krasińskiego i przechodząc obok hali targowej oraz biblioteki Ossolineum, dotarłam do pięknego budynku Uniwersytetu Wrocławskiego przy placu Uniwersyteckim. Nietrudno było zauważyć wieżę, z której podobno rozpościera się wspaniały widok na stare miasto. Podobno, bo przyszłam zaraz po zamknięciu kasy. Nie, nie zrobią da mnie wyjątku. No cóż, musiałam się zadowolić zrobieniem zdjęcia budynkowi i stojącemu nieopodal krasnalowi-mędrkowi. I krasnalowi z parasolem.








Idąc ulicą Grodzką wzdłuż Odry, przez przypadek napotkałam na wejście do Ossolineum. Naczytałam się różnych rzeczy o tej słynnej bibliotece, więc stwierdziłam, że warto by było tam wstąpić. Przy wejściu spytałam ochroniarza, czy trzeba mieć kartę, żeby wejść do środka. Odpowiedział z lekko kpiącym uśmieszkiem, że nie i spytał, jaki jest cel mojej wizyty. A ja na to z całą prostotą i szczerością, że przyszłam pooglądać wnętrza. Ochroniarz stwierdził, że co prawda zwiedzanie jest zabronione, ale mogę iść do czytelni, wziąć sobie książkę i trochę się rozejrzeć. Zostawiłam rzeczy w szatni i udałam się do wspomnianej czytelni. Powiem szczerze, że byłam trochę rozczarowana. Chyba spodziewałam się fajerwerków, bo Ossolineum okazało się być zwykłą biblioteką (nowoczesną i dobrze wyposażoną, ale bez rewelacji). Żeby moja wizyta mimo wszystko nie okazała się czasem straconym, siadłam sobie wygodnie przy biurku w czytelni i przeznaczyłam pół godziny na przeglądanie książki pt. "1001 filmów, które warto zobaczyć". Było to niezwykle pouczające 30 minut. No i wyschły mi buty. Na koniec wizyty w bibliotece czekała na mnie miła niespodzianka. W poszukiwaniu wyjścia, trafiłam przez przypadek na piękny dziedziniec ze ścianami obrośniętymi bluszczem i drewnianą studnią, której nie powstydziłaby się niejedna legenda.





Po wyjściu z biblioteki wróciłam na ulicę Grodzką i kontynuowałam spacer wzdłuż Odry. Dochodziła 16, niebo było zachmurzone i niebo stopniowo zmieniało kolor z łagodnej kawy z mlekiem na groźny grafit. Nad wodą unosiły się chmary kruków. Dodatkowo mroźny wiatr wiejący od rzeki, plucha na chodniku i wszechobecna wilgoć sprawiały dość przygnębiające wrażenie. Przeszłam przez zabytkowy Most Piaskowy na wyspę Piaski, z której, pomimo niekorzystnych warunków atmosferycznych, roztaczał się malowniczy widok na Ostrów Tumski. Następnie udałam się Bulwarem Piotra Włostowica na most z kłódkami zakochanych prowadzący do osławionego Ostrowa Tumskiego. 







W starej części wyspy widoczny jest wpływ kościoła katolickiego. Teren ten był kiedyś uznawany za własność państwa kościelnego i prawo świeckie tu nie obowiązywało. Na Ostrowie od razu skierowałam moje kroki do katedry św. Jana Chrzciciela. Nie wiem czy sprawił to urok katedry (budynek jest bardzo smukły, neogotycki, a światła w środku są przygaszone) czy zmęczenie, w każdym razie spędziłam w kościelnej ławce kolejne pół godziny. 



Po wyjściu z kościoła udałam się na bezowocne poszukiwanie słynnego latarnika. Musiałam się zadowolić widokiem kilku zapalonych lamp gazowych- śladami jego niedawnej bytności. Nie chcąc dołować się faktem oczywistej porażki, postanowiłam udać się na przystanek tramwajowy "Katedra". Po kilku minutach byłam na miejscu, jednak moje otoczenie zmieniło się diametralnie. Miałam przed sobą zwykłe, szare blokowisko. No cóż, miejskie realia...





Pożegnałam się z Ostrowem i wsiadłam do tramwaju nr 10, który zawiózł mnie prosto na plac Strzegomski do Muzeum Współczesnego. Moje pierwsze skojarzenie? Kościół na Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Okrążyłam budynek w poszukiwaniu wejścia, które wcale nie było jakoś specjalnie ukryte ;) Zanim przestąpiłam próg muzeum zwróciłam uwagę na niepokojącą monumentalną rzeźbę przedstawiającą pociąg jadący po torach postawiony pionowo, tak jakby miał zamiar wjechać wprost w niebo.



Wnętrze Muzeum Współczesnego, którego siedziba, jak się okazało mieści się w byłym bunkrze, jest bardzo nietypowe. Jego zwiedzanie przypomina kluczenie korytarzami dziwnego labiryntu, w którym nie masz zielonego pojęcia co czeka za kolejnym zakrętem. Trafiłam akurat na wystawę czasową "Niemcy nie przyszli", której tematyka nawiązywała do wymazywania śladów burzliwej historii Wrocławia, przesiedleniach, strachu, jaki mieszkańcy odczuwali przed powrotem okupanta. Z eksponatów zapamiętałam najbardziej drukarkę 3D drukującą iglicę, salę kinową będącą symbolem chwilowego zapomnienia o szarej rzeczywistości, drzwi do domów opuszczonych przez niemieckich uchodźców nabite na pal, białe flagi poruszane przez gramofon, puzzle "Odbudowa miasta". 

Była mniej więcej 17.45 kiedy zeszłam na dół z zamiarem wyjścia z muzeum, kiedy okazało się, że jest tam jeszcze jedna wystawa. Niestety, zdążyłam ją tylko bardzo pobieżnie zobaczyć, bo spieszyłam się na pociąg o 18.35. 








Stwierdziłam, że nie chce mi się szukać przystanku autobusowego i wrócę tak jak przyjechałam- tramwajem. Na przystanku stał tłum ludzi. Przestraszyłam się, że coś jest nie tak. Pewnie jakiś wypadek... Była 18. Już miałam się poddać (co nie znaczy, że miałam plan awaryjny, który mogłabym wcielić w życie), kiedy nadjechał tramwaj nr 23. Postanowiłam wysiąść na przystanku Świdnicka i przejść się spacerkiem na dworzec. Tylko nie przewidziałam jednego- na dworzec z przystanku jest kawał drogi, a ja miałam bardzo obolałe łydki i naprawdę bardzo ciężko mi się szło. Poza tym cały czas wizualizowałam sobie wodę mineralna wprost z lodówki, bo straaasznie chciało mi się pić. Kiedy doszłam w końcu na dworzec, była 18.25. Powodowana żądzą wymagającą zaspokojenia, weszłam do Coffee Heaven i kupiłam sok owocowy droższy niż mój bilet powrotny na pociąg. 

Przyszłam na peron jakąś minutę przed przyjazdem pociągu. Dobrze, że nie później, bo to było regio, a tam, jak wiadomo, nie ma rezerwacji miejsc i obowiązuje zasada "kto pierwszy, ten lepszy. Znalazłam sobie miejsce przy oknie, przodem do kierunku jazdy, za to przy supergorącym grzejniku. Nie pomogło nakrywanie go swetrem i szalikiem. Ale bywało gorzej, prawda? Jakoś przeżyłam tę jazdę. Przynajmniej nie mogę narzekać, że było zimno ;)

Po powrocie do mieszkania cioci i wujka usiadłam na kanapie pod kocem i z zieloną herbatą w ręku. Pomimo zmęczenia, spisałam wszystko co przytrafiło mi się we Wrocławiu. Zapełniłam jakieś 10 stron w notesie A5... Są po prostu takie dni, kiedy ma się wrażenie, że każde, nawet drobne wydarzenie wydaje się warte zapamiętania. Siedem godzin spędzone we Wrocławiu na pewno pozostanie na długo w mojej pamięci i w sercu. Może nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale nie narzekam. Dzięki kilku niespodziankom, nie tylko tym przyjemnym, ten dzień był nieprzewidywalny, a przez to ciekawy.